Jak ta pierwsza scena wygląda? Cóż, komicznie. Will Graham, wykładowca współpracujący z FBI, wchodzi do domu, który stał się miejscem zbrodni. Obserwując dwa leżące na podłodze ciała, przechodzi w tryb telepaty – widzi dokładnie, jak zamordowani zostali mieszkańcy, gdzie i w jakiej kolejności trafiły kule, jakie części ciała przebiły i co zrobił później zabójca. Informuje przy tym widzów dwukrotnie, że „to jego wizja”, bo uważa najwidoczniej, że biedni oglądający jeszcze tego nie wiedzą, choć twórcy serialu podkreślają ten fakt oczojebnymi przebitkami i koszmarnie użytym slow-motion. Jakby tego było mało, scena ta jest pustą pokazówką umiejętności bohatera – nie ma żadnego sensu fabularnego, nikt o niej później w odcinku nie wspomina. Ot, facet odpowiedzialny za efekty pobawił się trochę pokrętłem zwolnionego tempa, żeby było fajnie. Pustą pokazówką umiejętności głównego bohatera staje się zresztą szybko cały odcinek. W serialach panuje ostatnio coraz częściej nadużywana tendencja, by z głównego bohatera
robić aspołecznego, ambiwalentnego moralnie geniusza, posiadającego jakiś dar. Taką postacią był House, Dexter Morgan, Sherlock ze znakomitego serialu BBC, trochę Rumpelstiltskin z „Once Upon a Time”. Taką postacią ma też być Will Graham, ale wyraźnie jeszcze nie dorósł. Albo inaczej – scenarzyści nie dorośli, żeby takiego bohatera stworzyć. Odcinek pierwszy to w zasadzie jedna wielka demonstracja złego scenopisarstwa, przykład na to, jak nie powinno się przedstawiać bohaterów, kiedy chce się, żeby widzowie ich polubili.