Trwa ładowanie...

"The End of the F***ing World" nie pozwoli wam zmrużyć oka. Na co czekacie?

Obejrzeliście już drugi sezon "The Crown", "Dark" i "StrangerThings" pochłonęliście w jeden weekend, a czwarta odsłona "Black Mirror" was wynudziła? Nie martwcie się. Najlepszy nowy serial dostępny na Netflixie dopiero przed wami - "The End of the F***ing World".

"The End of the F***ing World" nie pozwoli wam zmrużyć oka. Na co czekacie?Źródło: Materiały prasowe
d1s2gkn
d1s2gkn

To rozkosznie pokręcona jazda bez trzymanki w ekspresowym tempie - cały, ośmioodcinkowy sezon obejrzycie w jeden wieczór. Sam koncept na "The End…" może przypominać nieco scenariusz filmu Wesa Andersona, którego produkcji nikt by się nie podjął, bo byłby zbyt mroczny.

Oparta na komiksowej serii o tej samej nazwie, ta czarna komedia opowiada o losach 17-letniego Jamesa (w tej roli fantastyczny Alex Lawther), który uważa, że jest psychopatą, a aby się w tym przekonaniu upewnić, wymyśla sobie nietypowe hobby: regularne zabijanie zwierząt.

Jak można się domyślić, James nie jest zbyt popularny wśród kolegów ze szkoły. Mimo to wzbudza zainteresowanie rówieśniczki, Alyssy (równie świetna Jessica Barden), która w klasowym dziwaku widzi jedyną szansę na uchronienie się przed ciężkim życiem w domu. Nastolatkowie decydują się na ucieczkę, choć każdemu z nich przyświecają inne motywy i cel: Alyssa chce po prostu wyrwać się z rodzinnego piekiełka, a James... planuje ją zamordować.

Wspólna, pełna nieprzewidzianych przygód i zaskakujących wpadek, podróż sprawia jednak, że oboje zaczynają na siebie patrzeć zupełnie inaczej, a ich wyprawa - dzika i niepowtarzalna - odmieni ich losy już na zawsze.

Materiały prasowe
Źródło: Materiały prasowe

Brytyjski serial, który zadebiutował na antenie Channel 4 jesienią ubiegłego roku, zanim prawa do międzynarodowej emisji wykupił Netflix, zdobył jednak uznanie nie tylko dzięki oryginalnemu spojrzeniu na klasyczną opowieść o nastolatkach.

d1s2gkn

Świetna muzyka, doskonałe zdjęcia, ostry jak brzytwa humor i rozpędzona akcja, która daje jednak momenty na oddech i refleksję - wszystko to sprawiło, że "The End…" jako jedna z nielicznych produkcji zadebiutowała w prestiżowym serwisie RottenTomatoes z wynikiem 100 proc. świeżości, oznaczającym "wybitne uznanie krytyki". Dodajmy do tego utrzymaną w stylistyce retro scenografię i mocno amerykański klimat (choć akcja serialu toczy się w Anglii, gdzieś w bliżej nieokreślonych okolicach Londynu), nawiązujący do słynnych filmów drogi, jak "Urodzeni mordercy”, a nawet… "Thelma& Louise", by dać zaskakująco świeży i pokręcony efekt, od którego nie da się oderwać.

Dziś wprawdzie ten wynik wynosi już tylko "zaledwie" 96 proc. - pewnie z powodu swojej brutalności i scen przemocy - ale wciąż jest wyższy od wielu innych spektakularnych sukcesów Netflixa, jak choćby wspomnianych już "The Crown" (93 proc.) czy "StrangerThings" (94 proc.).

Pierwszy sezon serialu - bo niemal pewne jest, że powstanie kolejny - to osiem odcinków, które trwają po 20 minut. Nie masz więc żadnego pretekstu, by nie spróbować tej przyjemnej niespodzianki, jaką sprawił widzom Netflix. Na co więc czekasz? Na "koniec pieprzonego świata"?

Materiały prasowe
Źródło: Materiały prasowe
Materiały prasowe
Źródło: Materiały prasowe

Zobacz też: Jak wygląda plan "Wikingów"? Byliśmy tam z kamerą

d1s2gkn
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d1s2gkn