Śmierć przyjaciół i pocztówki zamiast polisy. Kulisy programu Apollo

Kadr z filmu "Lądowanie na Księżycu: Historia Prawdziwa"
Kadr z filmu "Lądowanie na Księżycu: Historia Prawdziwa"
Źródło zdjęć: © fot. mat. pras.
Piotr Han

19.02.2023 16:19

Zalogowani mogą więcej

Możesz zapisać ten artykuł na później. Znajdziesz go potem na swoim koncie użytkownika

Program Apollo był jednym z największych osiągnięć nauki i techniki drugiej połowy XX wieku. W dniu lądowania na Księżycu ludzkość solidarnie wstrzymała oddech. Aby wykonać to zadanie członkowie misji Apollo 11 gotowi byli zaryzykować swoje życie.

Film dokumentalny "Lądowanie na Księżycu: Historia Prawdziwa" już w najbliższy poniedziałek o 20:50 tylko w Telewizji WP.

Astronauci biorący udział w misjach kosmicznych ryzykowali (i wciąż ryzykują) życiem. Każdy lot w komos jest wielkim wyzwaniem logistycznym i inżynieryjnym, gdzie absolutnie wszystko musi być dopięte na ostatni guzik. Nawet najdrobniejsza, zdawałoby się niemożliwa do wychwycenia, usterka może doprowadzić do katastrofy. Na wyjątkowe ryzyko nastawieni byli zwłaszcza pionierzy lotów w kosmos sprzed kilkudziesięciu lat, kiedy to dopiero wykuwały się procedury bezpieczeństwa, a duża część wykorzystywanej aparatury nosiła cechy prototypu.

Pocztówki na wagę życia

Z absolutnie najwyższym poziomem zagrożenia wiązały się te misje, podczas których pokonywano kolejne technologicznie bariery. Dlatego też z perspektywy kilku dekad, kiedy każde dziecko zna słynne słowa Neila Armstronga, a powiedzenie "Orzeł wylądował" zadomowiło się w mowie potocznej na tyle, że wielu używa go nie zdając sobie sprawy z jego kosmicznych konotacji, łatwo zapomnieć, jak wielkie napięcie towarzyszyło misji Apollo 11.

Dalsza część artykułu pod materiałem wideo

Kadr z filmu "Lądowanie na Księżycu: Historia Prawdziwa"
Kadr z filmu "Lądowanie na Księżycu: Historia Prawdziwa" © fot. mat. pras.

Ryzyko niepowodzenia pierwszego lądowania na księżycu było tak wielkie, że członkowie misji nie mogli wykupić polisy na życie. Starannie wyselekcjonowani astronauci nie zarabiali mało, ale z zasady chłodno kalkulujące towarzystwa ubezpieczeniowe zaproponowały stawki grubo przekraczające ich roczne uposażenia. Dlatego też trójka mężczyzn znalazła niekonwencjonalny sposób na zabezpieczenie przyszłości bliskich. Zostawili setki pocztówek ze swoimi autografami, które w wypadku katastrofy nabrałyby znacznej wartości, w pewnym stopniu zabezpieczając los rodzin.

Jak wiemy ostatecznie te środki zaradcze nie okazały się potrzebne. Neil Armstrong i Buzz Aldrin 20 lipca 1969 r. opuścili lądownik "Orzeł", aby jako pierwsi ludzie w dziejach stanąć na powierzchni Księżyca. Później wraz z czekającym na orbicie pilotem modułu dowodzenia Michaelem Collinsem bezpiecznie wrócili na Ziemię, gdzie odtąd cieszyli się statusem żywych legend.

Neil Armstrong
Neil Armstrong© fot. mat. pras.

"Płomienie!"

Jednak przez cały czas trwania misji astronauci ani na moment nie zapominali, że ryzykują życiem. O tym, że śmierć może nadejść w każdej chwili przypominał im tragiczny epizod, do którego doszło dwa i pół roku wcześniej w czasie naziemnych testów poprzedzających start misji Apollo 1.

27 stycznia 1967 r. trzej astronauci - Gus Grissom, Edward White i Roger Chaffee zostali zamknięci w module dowodzenia przed rutynowym testem. W pierwszej kolejności sprawdzano moduł łączności. Nie funkcjonował on poprawnie. Jeden z astronautów żartował nawet, że "jak mają dolecieć na Księżyc, skoro na tamtym etapie nie byli w stanie uzyskać czystego połączenia na dystansie trzech budynków". Najgorsze miało jednak dopiero nadejść później.

Załoga Apollo 1
Załoga Apollo 1© fot. mat. pras.

W pewnym momencie wśród trzasków dało się słyszeć serię krzyków. Jeden z astronautów (najprawdopodobniej Grissom) krzyknął: "Płomienie!". Chwilę później inny (najpewniej Chaffee) dodał: "Ogień w kokpicie! Olbrzymi pożar!". Na tym transmisja się urwała. Astronauci zginęli na miejscu. Nie uratował ich nawet fakt, że znajdowali się na Ziemi w otoczeniu sztabu techników. Ogień zabił ich w kilka sekund, nie było najmniejszych szans na podjęcie nawet próby pomocy.

Po trzech miesiącach komisja badająca wypadek zakończyła pracę, nie będąc w stanie zidentyfikować źródła ognia. Orzekła jednak, że środki bezpieczeństwa pozostawały wiele do życzenia. Dopiero po kilkudziesięciu latach ujawnione zostały zdjęcia z wnętrza spalonego modułu.

Wnętrze spalone modułu Apollo 1
Wnętrze spalone modułu Apollo 1© fot. mat. pras.

Neil Armstrong doskonale znał Gusa Grissoma, a Ed White był jego bardzo bliskim przyjacielem. Mieszkali tuż obok siebie, wybudowali swoje domy na wspólnie zakupionej działce. Armstrong mocno przeżył stratę bliskich mu osób. Szczególnie mocno bolał go fakt, że do tragicznego wypadku doszło nie podczas "prawdziwej" misji, a jedynie w trakcie testów naziemnych w bezpiecznym – zdawałoby się – środowisku. Śmierć przyjaciela była dla niego ciosem, ale mimo to nie zdecydował się na porzucenie misji.

Dwa i pół roku później astronauci z Apollo 11 musieli pokonać niespełna 390 tysięcy kilometrów dzielących Ziemię od Księżyca, następnie wylądować i bezpiecznie wrócić. Tuż przed startem Neil Armstrong był pełen nerwów, sen z powiek spędzał mu nie strach przed śmiercią, a troska o powodzenie misji. Klęska mogła popsuć wizerunek USA. Jak sam mówił: "reputacja kraju zależała od Apollo 11".

16 lipca 1969 r. w okolicy Centrum kosmicznego Johna F. Kennedy’ego zebrało się około miliona gapiów chcących na własne oczy zobaczyć start historycznej misji. Dziś wiemy, że Armstrong, Aldrin i Collins dawali sobie jedynie 50 proc. szans na przeżycie.

Start misji Apollo 11 obserwowało około miliona gapiów
Start misji Apollo 11 obserwowało około miliona gapiów© fot. mat. pras.
Start misji Apollo 11 obserwowało około miliona gapiów
Start misji Apollo 11 obserwowało około miliona gapiów © fot. mat. pras.

Film dokumentalny "Lądowanie na Księżycu: Historia Prawdziwa" już w najbliższy poniedziałek o 20:50 tylko w Telewizji WP.

Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Komentarze (10)
Zobacz także