"Kowbojka z Kopenhagi". Netflix nawet tego nie promuje. Nie zgadniecie, jaki jest powód

"Kowbojka z Kopenhagi" to serial, który mocno poróżni widzów
"Kowbojka z Kopenhagi" to serial, który mocno poróżni widzów
Źródło zdjęć: © fot. mat. pras.
Kamil Dachnij

10.01.2023 15:13, aktual.: 10.01.2023 17:33

Zalogowani mogą więcej

Możesz zapisać ten artykuł na później. Znajdziesz go potem na swoim koncie użytkownika

Jednych uśpi, innych zachwyci. Nowy serial Netfliksa "Kowbojka z Kopenhagi" to przykład dzieła, które w żaden sposób nie próbuje przymilać się do widza. Jednak jeśli nadajecie na tych samych falach co Nicolas Winding Refn, to czeka was niemała uczta - brutalna i niezwykle odrealniona baśń o zemście. Nie ma takiego drugiego tytułu w katalogu Netfliksa.

Filmografię Nicolasa Windinga Refna można podzielić na dwa etapy. Pierwszy z nich charakteryzowało realistyczne podejście do ukazywania przestępczego mikroświata Kopenhagi (trylogia "Pusher"), ale po głośnym "Drive" z Ryanem Goslingiem, przepysznym odkurzeniu kina samochodowego lat 70. i 80., Duńczyk zaczął kręcić ekscentryczne filmy z pogranicza różnych gatunków. Nie wszystkim przypadły one do gustu. Przeciwnicy określali je jako wydmuszkę i przerost formy nad treścią. Jednak nie brakowało osób, którym Refn dostarczał wiekich doznań estetycznych. Mowa m.in. o barokowo wystylizowanym "Neon Demon", który sugestywnie oddawał pustkę świata mody.

"Neon Demon" jest zresztą ostatnim filmem, jaki wyreżyserował Refn od 2016 r. Swoje zainteresowanie w ostatnich latach przeniósł na medium telewizyjne. W 2019 r. nakręcił "Za starzy na śmierć", znakomity serial, który można oglądać na Amazonie. Teraz, po czterech latach milczenia, powrócił z kolejnym - "Kowbojką z Kopenhagi". I fanów jego obecnego stylu rzecz nie zawiedzie, bo to istna orgia sekwencji w neonowo-burdelowym oświetleniu, które jest nasycone tak mocno, że scenografia wraz z aktorami niemal w nim tonie.

Dalsza część artykułu pod materiałem wideo

Tak dominująca rola czerwieni, błękitu czy fioletu w połączeniu z oniryczną atmosferą (momentami przypominającą trzeci sezon "Twin Peaks" Davida Lyncha), powolnymi ruchami kamery i nadmiarem zastygłych kadrów rodem z luksusowego świata mody, sprawia, że nowy serial Refna ogląda się trochę jak hipnotyczną instalację filmową. Z tego powodu "Kowbojka z Kopenhagi" jest być może najbardziej perwersyjnym przedsięwzięciem Duńczyka do tej pory.

Oglądając ten serial aż ciężko nie docenić decyzji Netfliksa, który miał odwagę wyłożyć pieniądze na tak bezkompromisowo niekomercyjny i przedziwny z charakteru projekt. Inna sprawa, że platforma w ostatnich dniach nieszczególnie go promowała, co przełożyło się na to, że produkcja szybko wyleciała z rankingu najpopularniejszych tytułów serwisu. Nie zmienia to faktu, że zapewne wielu zaskoczonych widzów wyłączyło ją po kwadransie, jeśli nie szybciej.

Na papierze "Kowbojka z Kopenhagi" jawi się jako klasyczny thriller. Śledzimy losy tajemniczej bohaterki o imieniu Miu, która ma przynosić szczęście każdemu, kto wejdzie w jej posiadanie. Początkowo wydaje się, że kobieta przemierza krajobraz świata przestępczego Kopenhagi i okolic jako niewolnica. Jednak z czasem wychodzi na jaw, że jest osobą, która w ramach zemsty może zrobić dosłownie wszystko.

Główną bohaterką "Kowbojki z Kopenhagi" jest Miu (Angela Bundalovic)
Główną bohaterką "Kowbojki z Kopenhagi" jest Miu (Angela Bundalovic)© fot. mat. pras.

To wszystko jest zwodniczo proste, bo fabuła serialu szybko zaczyna skręcać w irracjonalne rejony, które mógłby docenić wybitny badacz snów Carl Gustav Jung. Na dokładkę "Kowbojkę z Kopenhagi" wypełnia nieszablonowy czarny humor, który jeśli nie zahacza o śmiertelnie poważne żarciki Jima Jarmuscha, to osłupia wątkami z mężczyzną wydającym odgłosy... świni w trakcie bycia bitym, albo bohaterem mającym obsesję na punkcie penisa i jego roli w świecie.

Co więcej, kotłuje się w serialu kilka gatunków - kino gangsterskie i sztuk walki, thriller, euro horror z lat 70. i neo-noir. Pomimo takiego miszmaszu, przez większość sezonu względnie nic się nie dzieje - w tej somnambulicznej baśni oglądamy głównie, jak Miu intensywnie lustruje wzrokiem ludzi oraz otoczenie, albo przechadza się z jednego miejsca w drugie. Ubrana w niebieski kostium, krąży niczym anioł śmierci, wywołując u niejednych bohaterów prawdziwy strach. Efekt jest akurat ciekawy, bo choć grająca ją aktorka (Angela Bundalović) jest filigranową kobietą, to gdy przychodzi co do czego, potrafi sobie doskonale poradzić z niebezpieczeństwem.

Dopiero w dwóch ostatnich odcinkach, czyli piątym i szóstym, jest gęściej pod kątem akcji, ale nie oczekujcie szybszego tempa narracji. Refn z premedytacją nie osadził swojej opowieści w jakimkolwiek gatunku na dłużej, więc praktycznie cały czas, jak wytrwały hipnotyzer, próbuje nas utrzymać w filmowym półśnie o nieokreślnych granicach. Sporadyczne, ale bardzo efektywne erupcje brutalności stanowią chwilowy powrót do przyziemnej rzeczywistości.

Nie da się ukryć, że podejście Refna na swój sposób jest pretensjonalne i dość hermetyczne, bo stwarza wrażenie twórcy, który kręci kino wyłącznie dla siebie. Jednak takie wystawianie środkowego palca do przyzwyczajeń widza, budzi mój szacunek. Agresywnie autorska "Kowbojka z Kopenhagi" to bez wątpienia seans nie dla każdego, bo sporo widzów może się po prostu na niej koszmarnie wynudzić. Z kolei inni mogą uzależnić się od odrealnionych obrazów Refna jak od cukru. Sprawdźcie i przekonajcie się sami, do której grupy należycie.

Kamil Dachnij, dziennikarz Wirtualnej Polski

Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Komentarze (40)
Zobacz także