Z jednej strony, widz niezaznajomiony wcześniej z nowelą graficzną, będzie zaskoczony takim podejściem do tej postaci, tym bardziej, że zwiastun sugerował iż będzie to klasyczne opowiedzenie mitu (sceny ze zwiastuna, pokazujące walkę m.in. z Hydrą, zostały sprytnie wplecione w kilka scen na samym wstępie filmu). Z dugiej strony, o ile tego typu „ugryzienie” tematu może wydać się interesujące na pierwszy rzut oka (choć niezbyt oryginalne, bo na przestrzeni ostatnich lat, tego typu dekonstrukcje są na porządku dziennym), to zabiera ono wszystko to co w micie o Herkulesie jest najciekawsze i daje najwięcej zabawy. Zamiast spektakularnych pojedynków z mitycznymi stworami mamy typowe dla kina „sandałowego” potyczki z bandytami, żołnierzami oraz chciwymi władcami. W ten sposób ucieka cała magia związana z tą postacią. Nawiązując do mojego pytania z samego początku, widać przyszło nam żyć w czasach, gdy coraz rzadziej uciekamy do świata baśni, a za to, z jakiegoś powodu, potrzebujemy realistycznych i, co za tym
idzie, trochę bardziej dojrzałych wersji znanych nam opowieści. Ale takiej wersji Herkulesa to ja nie kupuję. Być może będę w tym myśleniu odosobniony. Choć nie wiem na ile widzowie, którzy wybiorą się do kina właśnie na „Herculesa” będą zawiedzeni tym, że poza imieniem główniego bohatera, obraz ten nie ma nic wspólnego z mitologią. Bo też nie oszukujmy się, filmowy Herkules nie jest nadzwyczaj barwną i ciekawą postacią (nie jest to też rola życia „Dwayne’a Johnsona), na tyle by samym sobą ponieść film od strony dramatycznej czy też chociażby lekko komediowej. Twórcy oczywiście starają się nadać filmowi w miarę lekki ton, ale na ogół humor, zarówno ten oparty na dialogach, jak i czysto sytuacyjny, nie jest najwyższych lotów, czuć raczej, że jest trochę wysilony, często zbyt oczywisty i przewidywalny, jak zresztą cały obraz.